Gdy piszę te słowa, zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a to oznacza coroczne reklamy świąteczne. Mógłbym poświęcić osobny artykuł zagadnieniu komercjalizacji świąt religijnych oraz niełatwego celebrowania uświęconych uczt w świeckim, wielowyznaniowym kraju. Jednakże, kwestie te podnoszono już wielokrotnie, więc nie dodałbym do nich wiele oryginalnych przemyśleń. Ponadto, są to trudne do rozwiązania problemy, które dotyczą krajów Zachodu jako całości.

Cóż więc szczególnego w Bożym Narodzeniu obchodzonym obecnie w Wielkiej Brytanii przyciąga mą uwagę i budzi gniew?

John Leech, Bożonarodzeniowy bal Pana Fezziwiga
Pierwsze wyd. Opowieści Wigilijnej Karola Dickensa, 1843 r.

Zachwiana tradycja

Sainsbury’s to jedna z największych sieci supermarketów w Wielkiej Brytanii wytwarzająca własne produkty sezonowe, a także mająca w ofercie inne wyroby spożywcze, cukiernicze oraz różnorodne produkty związane głównie z jedzeniem i napojami. Nowa reklama produktów bożonarodzeniowych Sainsbury’s nosi tytuł „Pewnego razu w Puddingu” (oryg. “Once Upon a Pud”) i stanowi zwięzłą parodię bajki, w której centralną rolę odgrywa tradycyjny bożonarodzeniowy pudding śliwkowy – podstawa brytyjskiego świątecznego obiadu.

W fantastycznym świecie, kucharze kolejno podchodzą do królowej niosąc tradycyjne potrawy właściwe świętom Bożego Narodzenia. Podenerwowany kuchmistrz prezentuje swój bożonarodzeniowy pudding ku dezaprobacie królowej, która pogardliwie odsyła go nakazując zrobienie czegoś lepszego i oznajmia: „Nigdy tak naprawdę nie lubiłam puddingu świątecznego”. Los kucharza jest przypieczętowany: jeśli nie podoła wyzwaniu, czeka go egzekucja. Na kolejnym bankiecie, kuchmistrz proponuje władczyni świąteczny pudding zawierający karmelizowane okruchy herbatnika – wielce ekstrawagancki składnik jak na taką potrawę. Królowa próbuje go i oświadcza: „To jest moja bajka!” (co można w przybliżeniu rozumieć jako “Właśnie takie rzeczy mi smakują”). Wśród gości rozlega się burza oklasków, zaś kucharzowi spada kamień z serca i pławi się on w blasku uzyskanej chwały.

Do tego momentu wszystko wydaje się banalne. Jednak gdy wgłębić się w symbolizm – semiotykę tekstu, jakby to określili nasi profesorowie – doszukać się można bardziej dobitnych i wstrząsających treści.

Zamek, odzienie oraz tradycje są brytyjskie lub europejskie. Większość dwornych i służby (wliczając w to główną postać szefa kuchni) jest etnicznie biała. Królowa to potężna, czarnoskóra kobieta mówiąca z silnym akcentem z Birmingham, który w Wielkiej Brytanii uważa się za swojski; używają go niższe klasy społeczne, ludzie prości, bez ogłady, niewykształceni. Osoba grająca królową to Alison Hammond – prezenterka telewizyjna, której popularność wzrosła do rangi „gwiazdy” programów typu reality show (byłem zmuszony znaleźć tę informację online, gdyż nie oglądam telewizji głównego nurtu od dwudziestu lat). W Wielkiej Brytanii zwykliśmy używać słowa „gwiazdeczka” oznaczającego mało prominentną celebrytkę, o niewielkiej rozpoznawalności i talencie, która przekuła metaforyczny balonik próżności i nadmuchała go dozą postępowej seksistowskiej protekcjonalności. Niestety, słowo wyszło z użycia, choć możliwe, że czeka je renesans.

Tak więc, mówiąca bez ogródek, zdegradowana społecznie kobieta, której praca polega na byciu szczerym do bólu i dosadnym, jest królową. To karnawałowa zamiana ról, gdy (na jeden, wybrany dzień) człowiek z gminu staje się panem, a pan jego sługą. Jest to zabawne, ale byłoby zabawniejsze, gdyby zamiana ról była mocniej osadzona w realiach i stanowiła większą niespodziankę. Jak często widzimy sportretowanego dostojnego, kulturalnego, szlachetnego władcę? Ekrany telewizorów i kin wypełnione są spiskującymi, przeklinającymi, prostackimi, nieudolnymi i podłymi przywódcami; wszyscy nasi bohaterowie są oporni, święci zostają zdemaskowani dla rozrywki i gdzie nie spojrzeć, ikoniczne postacie narodowe okazują się nosić znaczące skazy. Morale celowo obniżają ci, którym nieobca jest marksistowska szkoła analizy, odrzucająca nie tylko Teorię Wybitnej Jednostki, lecz również obalająca koncepcję wielkich ludzi jako taką. Teoria Wybitnej Jednostki – rozwinięta szczególnie przez historyka-tradycjonalistę Thomasa Carlyle – zakłada, że ludzie o wyjątkowej woli oraz talencie potrafią wpływać na naród i zmieniać losy historii poprzez świadome działanie. Królowie (a także podwładni im kanclerze i generałowie) zmieniają kierunek zdarzeń, ponieważ są wielcy. Marksizm oraz neomarksizm postuluje, iż żaden człowiek nie jest w swych umiejętnościach wybitny, a wyjątkowość dotyczy tylko okazji i zasobów; wszyscy ludzie są tacy sami w kontekście zdolności, lecz okoliczności im sprzyjają, bądź ich ograniczają. Dlatego też, koncepcja wielkiego człowieka stanu lub bohatera narodowego, to cyniczne promowanie jednostki dla celów iluzji wyjątkowości – religijnej bądź narodowej – podczas gdy historię i społeczeństwo kształtują masy ludu pracującego oraz walka o ekonomiczną kontrolę zasobów.

Toteż w sferze popularnej rozrywki oraz kultury narodowej niewielu z nas wierzy, że wielka postać może zmienić cokolwiek, gdyż jesteśmy zaprogramowani w kierunku materializmu, świeckiego pragmatyzmu i sceptycznie postrzegamy samą ideę szlachetności. Człowiek cnotliwy to ekspresja wartości boskich, co staje się możliwe poprzez uznanie i przestrzeganie hierarchii szlachetnego i skromnego urodzenia oraz obserwację życia; ten rodzaj żywota pociąga za sobą poświęcenie oraz ryzyko utraty zdrowia lub śmierć. W naszych ateistycznych, rzekomo merytokratycznych, minimalizujących ryzyko, egalitarystycznych, demokratycznych społeczeństwach, tego typu myślenie zostało zatarte. Gdy najlepsze o czym ktoś może marzyć, to stać się olśniewającą aktorką, bogatym muzykiem czy godnym uwagi prezenterem w telewizji, następuje odejście od czynów heroicznych, które wymagają buntu, przeciwstawiania się, przemocy i śmierci. Wyszkolone by być potulnymi, współczesne sfeminizowane masy (zindywidualizowane w kulcie samych siebie, zatomizowanych konsumentów), zamiast być aktywnymi, męskimi jednostkami (służącymi rodzinie i braciom), nie wiedzą nawet jaka jest rola króla. Po co bronić swojego kraju, skoro „wszystkie kultury są równie piękne”? Po co bronić granic, skoro „żaden człowiek nie jest nielegalny”? Po co podejmować kroki, by pozbyć się cudzoziemców skoro „zawsze byliśmy narodem imigrantów”?

Nie ma więc przewrotności w tym, że ktoś z ludu zostaje władcą, gdyż nie pamiętamy cnót króla czy też królowej, tak samo jak nie oczekujemy, by przedstawienie szlachcica było szlachetne. Bajki oraz karnawał straciły swą moc ponieważ neomarksistowski materializm dokonał skutecznego przewrotu każdej wartości społecznej – wyśmiewa się szlachtę, a biedota, to z kolei inspirujący męczennicy, ofiary wyzysku socjoekonomicznego. Gdy kraj jest rządzony przez prostackich, niekulturalnych, pyskatych plebejuszy, którzy wygrali (lub w przypadku Pani Hammond – przegrali) wyścig o popularność, nie jest to dla nas szokiem. To szara rzeczywistość naszego życia – demokracja liberalna.

Inkluzywny casting

Jaki jest symbolizm ciemnoskórej królowej rządzącej królestwem, z białoskórymi jako poddanymi? W czasie gdy zarówno Irlandia oraz Zjednoczone Królestwo są od jakiegoś czasu rządzone przez potomków niedawnych imigrantów, ludzie postrzegają te kwestie niedwuznacznie. Przez ostatnie lata, w rządzie brytyjskim zasiadała pokaźna liczba ministrów wyższego szczebla pochodzenia południowoazjatyckiego oraz afrykańskiego, pomimo oficjalnych statystyk wskazujących, że te konkretne grupy mniejszościowe składają się na 15% populacji brytyjskiej. Nieprzypadkowo, The Guardian wespół z BBC uparcie omawiają i wychwalają dojście do władzy Rishi Sunaka, obecnego premiera Wielkiej Brytanii, który jest hinduskiego pochodzenia. Lewicowe media masowego przekazu odruchowo wspierają ten przejaw różnorodności rasowej, nawet jeśli pałają niechęcią do rzekomej polityki Partii Konserwatywnej.

W większości tegorocznych reklam bożonarodzeniowych odnaleźć można postacie czarnoskóre, szczególnie jako członków rodzin mieszanych rasowo. Podobna narracja, nie tylko odnośnie różnorodności rasowej w narodzie, ale i w samych rodzinach, ma w Wielkiej Brytanii miejsce masowo i nieustająco; jest obecna cały rok, bez przerwy. Wymieszane rasowo pary widać wszędzie w reklamach telewizyjnych. Moglibyście rzec, że jest to zabieg marketingowy firm próbujących sięgnąć do jak najszerszego grona odbiorców. Im więcej „reprezentacji”, tym lepiej. Jeśli przekaz jest atrakcyjny dla białych, ciemnoskórych, Azjatów i Arabów, firmom uda się sprzedać więcej. Dodatkowo udowadniają inkluzywność marki.

Lecz inkluzywność to fikcja. Pary wymieszane rasowo nie są codziennością, chociaż patrząc na reklamy cudzoziemiec może odnieść wrażenie, że ludność Wielkiej Brytanii w większości jest odmiennego koloru skóry niż biały i tworzy związki mieszane. Nie widziałem jeszcze muzułmanina w hidżabie występującego w brytyjskich reklamach świątecznych, lecz nie pozostaję bierny w swych poszukiwaniach.

Kolacja bożonarodzeniowa jest (podobnie jak Wielkanoc, lecz w przeciwieństwie do Halloween, Nocy Guya Fawkesa czy Sylwestra) u swych podstaw niemalże rodzinną uroczystością. Po prostu nikt nie ma w zwyczaju zapraszać do siebie sąsiadów tego dnia. Zwykle nie wymieniamy się prezentami ze współpracownikami, przyjaciółmi czy sąsiadami. Co najwyżej wyślemy kartkę z życzeniami czy też pytamy się grzecznie jak zamierzają spędzić święta. Tak więc, zdarzenia prezentowane w reklamach bożonarodzeniowych – gdzie lokalne społeczności spotykają się w domach – to fałsz. Jeden trend wydaje się jednak prawdziwy: samotne kobiety zbierają się ze swoimi przyjaciółkami, podobnie jak czynią to rodziny. Falę białych kobiet poświęcających się karierze, odkładających małżeństwo oraz posiadanie dzieci na późną trzydziestkę – kompletnie z rzeczy tych rezygnujących lub nie będących w stanie osiągnąć ich przed tak późnym wiekiem – reprezentują reklamy drogerii Boots sprzedających kosmetyki. Czyż nie ma lepszego sposobu na promowanie kosmetyków niż za pomocą scen, w których bezdzietne kobiety upijają się i wymieniają wskazówkami jak zrobić makijaż? Ponure realia współczesnego życia podyktowane samouwielbieniu oraz samozadowoleniu nigdy nie wyglądały tak żałośnie, jak w przypadku wymienionych reklam ukazujących singli-konsumentów poddających się znieczuleniu.

Początki inkluzywnego castingu

Początki inkluzywnego castingu w Wielkiej Brytanii wiążą się nierozerwalnie z imigracją po roku 1945, gdy ludność ciemnoskóra z kolonii nasyciła brytyjski przemysł rozrywkowy aktorami i aktorkami o innym kolorze skóry niż biały. Realia jednorasowego Zjednoczonego Królestwa przed 1945 rokiem nie pozwalały wspomnianym aktorom na autentyczne odgrywanie ról w którychkolwiek dramatach historycznych, czy też sztukach Szekspira osadzonych w Wielkiej Brytanii. W świetle niewygodnego faktu, że aktorzy ci byli ograniczeni do grania w filmach współczesnych lub science-fiction, współpracownicy nie-białych aktorów opracowali uzasadnienie, by dopuszczać ich do obsady dzieł historycznych, nie zważając na anachronizm. Nazwano to inkluzywnym castingiem. Założenie było następujące: postacie dramatu oraz widownia przymykali oko na rasowe sprzeczności i anachronizmy obsady. Pozwalało to aktorom najbardziej nadającym się do roli na przedstawienie jej, następował też wzrost standardów aktorstwa i możliwości ujawnienia ukrytego potencjału jednostek.

Podczas gdy inkluzywna obsada posiada godne pochwały aspekty, pociąga też za sobą poważne konsekwencje. Po pierwsze, ukazuje współczesnej widowni zniekształcone wyobrażenie historii. Sugeruje, że Wielka Brytania była krajem wielokulturowym przed rokiem 1945, co jest niezgodne z prawdą. Weźmy na przykład serial telewizyjny, w którym rolę angielskiej królowej grała czarnoskóra aktorka. Kontrowersyjny miniserial z 2021 roku przedstawia Annę Boleyn (żonę Henryka VIII) jako czarnoskórą i insynuuje jej biseksualność, przy czym ani na jedno, ani na drugie nie ma historycznych dowodów. W ten sposób dramat historyczny miał odzwierciedlać współczesność. Z drugiej strony, „malujący się na czarno” biali aktorzy to rzecz zbyt uwłaczająca by pokazywać ją studentom, zaś postacie z Azji grane przez białych aktorów to obraźliwy przejaw „wybielania obsady”. Uwidacznia się działanie potężnych elit używających swych wpływów by kontrolować i zaciemniać wierny obraz historii narodu białego człowieka, a także poddawać surowej krytyce przeszłe decyzje co do obsad dyskryminujących mniejszości.

Po drugie, inkluzywna obsada w filmach historycznych sugeruje, że nic się nie zmieniło. Tak jakby grupy etniczne składające się na nasze państwo zasadniczo nie podlegały zmianom na przestrzeni lat i zawsze były takie jak teraz, co również wprowadza w błąd odbiorców. W ostatnich dekadach Zjednoczone Królestwo doświadczyło niespotykanego natężenia imigracji, szczególnie spoza Europy, co dramatycznie przekształciło profil demograficzny brytyjskiej ludności oraz mieszkańców nie będących obywatelami kraju. Tendencja ta idzie w parze ze sposobem myślenia pewnej grupy, którą określam mianem „narodowych kosmopolitów”, wierzącej, że wielokulturowe, wieloetniczne, wielowyznaniowe społeczeństwa to ideał i są (w sumie) normalne. Godne pochwały są więc wszelkie zmiany na rzecz tak idealnego celu. Co więcej, reprezentanci tej grupy patrząc na sztukę przeszłości, w której dominuje biały kolor skóry, postrzegają ją jako mijającą się z prawdą. Opublikowano nawet książkę o czarnoskórych z czasów Anglii Tudorów, a u jej teoretycznych podstaw leży założenie, że brak dowodów na tego typu dyskusję w literaturze to rezultat ograniczeń rasowych. Ostatecznie autor przyznaje, że poza kilkoma afrykańskimi służącymi, dyplomatami oraz marynarzami nie było więcej czarnoskórych w czasach Tudorów w Anglii.

Narodowy kosmopolityzm to pogląd elitarnej kasty kontrolującej wszystkie brytyjskie partie polityczne, służbę cywilną, środki masowego przekazu, sztukę publiczną, uniwersytety, szkoły, sądownictwo oraz nadzór porządku publicznego. Ponieważ sprawują kontrolę zarówno nad polityką imigracyjną jak i sztuką, nie jest niespodzianką gdy te same osoby starają się jednocześnie promować masowe migracje jak i normalizować ich skutki, włączając w to zabiegi prezentowania poprzez sztukę bezpodstawnej wersji wielokulturowej przeszłości.

Po trzecie, widzimy w praktyce użycie niczym nieograniczonej władzy. Jeśli osoba postronna, w swej dobrej woli, stwierdza: „Tak, faktycznie, wyjątkowość powinna być wyznacznikiem uczestnictwa i dlatego powinniśmy widzieć ludzi odmiennego koloru skóry niż biały na scenie oraz ekranach telewizorów i kin,” to nieuchronnie wyraża również zgodę na to, co przychodzi potem. A to, co przychodzi, to pobieżna analiza (przeprowadzona przez lobbystów, przyjęta bezkrytycznie przez uczonych, media społecznościowe i media masowe) wykazująca, że sztuki są zdominowane przez rasę białą; zakłada się, że jest to rezultat dyskryminacji na tle rasowym. Wniosek jest taki, że ten stan rzeczy trzeba zmienić. Zachęca się instytucje kultury do „zróżnicowania”; przy czym „różnorodność” oznacza mniejszość, a „zróżnicować” to działać przeciwko większości. Gdy zaś nie ma dostatecznego zwrotu kosztów, ustala się nieoficjalne (a następnie przymusowe) parytety. Tak więc w 2020 roku, Brytyjska Akademia Sztuk Filmowych i Telewizji ogłosiła przyznawanie nominacji mających na celu promowanie różnorodności. Zwróćmy uwagę na subtelną, niewypowiedzianą zmianę akcentu z wyjątkowości do reprezentacji. Pierwotnie, inkluzywny casting działała na korzyść wyjątkowości, teraz zaś przeistoczyła się w narzędzie do wymuszania różnorodności na producentach i widowni, a reprezentacja ma być ku temu centralnym powodem. Podsumujmy: po tym jak poczyniony został pierwszy krok pod przykrywką pochwały wyjątkowości, ci, którzy sprawują władzę – narodowi kosmopolici w przemyśle sztuki, fundacje artystyczne, służba publiczna oraz media, a także rozmaite grupy lobbingowe i nacisku – zmieniają zasady gry narzucając swą wolę poprzez parytety, nagrody, dotacje, a nawet gwarantowane zatrudnienie, by wyjść naprzeciw grupom klientów: przedstawicielom mniejszości etnicznych, religijnych i seksualnych oraz kobietom. Faworyzowanie wypiera argument wyjątkowości.

W skrócie: siła zwycięża. Elity będą popularyzować swe wartości bez względu na otoczkę zasad i argumentów, którą spowite są ich działania. Dyskryminacja jest w porządku, tak długo jak beneficjenci (oraz przegrani) są tymi „właściwymi” grupami w ramach układów klient-patron. Grupy elit narodowych kosmopolitów mogą więc pisać na nowo historię, gdyż jej zakłamanie służy sprawiedliwości. Sprzeciwianie się inkluzywnej obsadzie będzie równoznaczne z rasizmem, największym grzechem i zgubną w skutkach potwarzą dla liberalnego kraju Zachodu.

Wydaje się, że inkluzywny casting, choć na pierwszy rzut oka wspaniałomyślnie pomaga nie-białym aktorom w kraju niegdyś zamieszkałym przez jedną rasę, w rzeczywistości jest środkiem, by poniżać i zwodzić większą cześć ludności, a także sposobem na utrwalenie hegemonii elit poprzez patronat rasowy zarówno twórców czy zakulisowej obsługi, jak również członków zarządów sektorów publicznych i prywatnych.

Alexander Adams

Alexander Adams jest brytyjskim artystą, krytykiem i poetą. Jego krytyka sztuki ukazała się w Apollo, British Art Journal, Burlington Magazine, The Critic i The Jackdaw.
Pozostało 80% tekstu