Szkic Mahometa spowodował atak na jego i innych, po czym zostawiono ich na pastwę losu

Gdy w przyszłości historycy będą spisywać wydarzenia wczesnych lat XXI wieku, jednym z najtrudniejszych do pojęcia epizodów byłyby strony poświęcone “kreskówkowym wojnom” – zjawisku o którym mówiono bez cienia ironii, a wręcz ze zgrozą. Zarzewiem konfliktu była duńska gazeta publikująca w 2005 roku kreskówki przedstawiające proroka islamu, co szybko spowodowało ataki na ambasady oraz osoby zaangażowane w sprawę, a motłoch wziął sprawy w swoje ręce. Wkrótce Dania, kraj z populacją zaledwie 5 milionów, znalazł się w centrum międzynarodowych bojkotów, stając się punktem na mapie skupiającym islamski gniew.

Powstały też inne ogniska kreskówkowych wojen, które rozgorzały na fali duńskiego przedsięwzięcia. W Paryżu, magazyn Charlie Hebdo opublikował karykatury Mahometa w geście solidarności z grupką osaczonych duńskich rysowników. Mniej znane przejawy lokalnych ognisk duchowego wsparcia miały miejsce w krajach skandynawskich. Jeden z nich pochodził od artysty szwedzkiego pochodzenia, Larsa Vilksa. Szwecja przechodziła wówczas fazę trudnej do wyjaśnienia manii na dowcipy o psach i rondach, do czego dołożył swoje pięć groszy Lars Vilks poprzez sporządzenie karykatury psa z głową Mahometa pośrodku ronda. Wkrótce potem do ruchów anty-duńskich świata islamskiego dołączył ruch anty-szwedzki. Vilks, podobnie jak rysownicy z Danii, stał się celem powtarzających się prób pozbawienia go życia, po czym zniknął z przestrzeni publicznej, aby żyć w ukryciu – broniony w trybie dwudziestoczterogodzinnym przez siły bezpieczeństwa swojego kraju.

Pomimo całej tej gadaniny o przeciwstawianiu się przejawom wrogości i przemocy, publikacje ukazujące się w wolnym świecie słabo angażowały się w ideę wspierania tej względnie szczęśliwej grupki. Wobec zaistniałej sytuacji przyjęto różne taktyki. Wiele artykułów wstępnych w publikacjach ukazujących się w sierpniu oburzało się na nietolerancyjne zapędy ze strony fanatyków religijnych każące dyktować jakiego rodzaju ilustracje mają wykonywać rysownicy lub co ma być pisane przez dziennikarzy. Większość prasy wcieliła się jednak bardziej w rolę obserwatorów niż uczestników zdarzeń, co w rezultacie sprawiło, że ci, którzy faktycznie byli uczestnikami, zapłacili za to niesamowicie wysoką cenę.

W styczniu 2010 roku, uzbrojony w siekierę islamista z Somalii włamał się do domu Kurta Westergaarda, twórcy najsławniejszej duńskiej karykatury. Plan dżihadysty by zamordować Westergaarda nie powiódł się tylko dlatego, że rysownik posiadał w swoim mieszkaniu schron, wybudowany przez służby bezpieczeństwa na wypadek takiego właśnie zdarzenia. W listopadzie następnego roku, biura Charlie Hebdo w Paryżu zaatakowano bombami zapalającymi. Cztery lata później, w styczniu 2015 roku, dwóch islamistów utorowało sobie bronią palną drogę do biur wydawnictwa i zmasakrowało większość osób będącą wówczas na porannym posiedzeniu redaktorów.

Miesiąc później, członkowie towarzystwa wolnej mowy w Kopenhadze zostali zaatakowani przez uzbrojonego w broń palną islamistę podczas jednego ze swoich spotkań. Lars Vilks był jednym z mówców, lecz zamachowiec, nie mogąc go dosięgnąć, zamiast niego zamordował duńskiego reżysera filmowego, który przypadkiem znalazł się bliżej drzwi. To tylko kilka z najbardziej przykuwających uwagę incydentów tego typu. W ciągu następnych 16 lat odkąd pierwsze rysunki zostały opublikowane, dżihadyści przeprowadzili wiele prób pozbawienia życia osób zamieszanych w sprawę. Spiski mające na celu zabicie rysowników udaremniano w krajach zarówno Europy jak i Ameryki.

Za każdym razem te same, pełne ubolewania frazesy pojawiały się w prasie. I za każdym razem tych, którym na sercu najbardziej leżało wolne społeczeństwo, izolowano jeszcze bardziej. Wydarzenie z 2015 roku w Kopenhadze było jednym z wielu które przyjaciele Vilksa starali się organizować celem przynajmniej minimalnej poprawy jakości jego życia. Cytując słowa wypowiedziane w 2015 przez jednego z organizatorów Komitetu ds. Larsa Vilksa:

Zgodziliśmy się, że Pan Vilks nie może zostać kompletnie pozbawiony wsparcia na tym świecie, więc jeśli rząd lub szwedzcy artyści nie chcą go wspierać, my to zrobimy. Chcemy dać mu środki i możliwość by mógł wykonywać to, co robił wcześniej, zanim niemożliwym stało się dla niego istnienie w debacie publicznej, co było następstwem, rzecz jasna, sytuacji w której stał się celem, a w konsekwencji otoczony przez ochronę, stanowi uczestnika, którego gospodarze wydarzeń boją się zapraszać. Boją się dać mu możliwość organizowania wystaw jak również publicznych dyskusji.

Po ataku z 2015 roku, sytuacja Vilksa nie uległa poprawie.

Ale tak już się sprawy miały. Wydano orzeczenia, po którym każdy poczuł się lepiej. Niemniej jednak, znajdowanie galerii chcących przedstawiać prace Vilksa stało się coraz trudniejsze. Z każdym następnym atakiem kontynuowano retorykę solidarności, lecz świat wydawał się małymi krokami ustępować.

W tamtym czasie, byłem świadkiem podobnych zjawisk osobiście, podczas różnych wyjazdów do krajów skandynawskich. W 2015 byłem jednym z prelegentów podczas zdarzenia upamiętniającego dziesięciolecie publikacji duńskich karykatur. Jak zostało zaobserwowane przez Marka Steyn na przykładzie tego typu wydarzeń, wszelkie podobne uroczystości jubileuszowe przypominały fabułę książki Agaty Christie „I nie było już nikogo”. Jeden z organizatorów, Lars Hedegaard, miał spotkanie z zabójcą stojącym u jego drzwi, grożącym postrzeleniem go prosto w głowę. Karykaturzysta, który przemawiał na piątym wydarzeniu jubileuszowym, ukrył się i ostatecznie skończył z rzemiosłem. Norweska aktorka komediowa, która również była obecna na wymienionym wydarzeniu, została zmuszona do korzystania z ochrony policji, zaś na zakład należący do jej rodzinnego przedsiębiorstwa, zrzucono bombę zapalającą. Do wydarzenia z 2015 roku, imiona Steyna i moje, robiły połowę z czterech nagłówków. Zaczęliśmy się nawet przekomarzać mówiąc:

Nie, serio, ty przodem, drogi kolego. Nie mam nic przeciwko, żebyś i tym razem dostał główną rolę.

Było to pamiętne wydarzenie. Zanim do niego doszło, duńskie władze ogłosiły, że jedynym budynkiem w całym kraju gdzie mogłoby mieć miejsce, jest fortyfikowany kompleks zamkowy i parlament w jednym – Christiansborg. Była to jedyna lokacja w kraju, co do której władze miały całkowitą pewność, że będzie broniona przez duńskie siły bezpieczeństwa w przypadku ataku.

Cóż to był za wspaniały dzień! Śmiechom i wyrazom buntu nie było końca w Christiansborg. Szczególnie, że dowiedzieliśmy się w drodze na zdarzenie o ostrzeżeniu obywateli brytyjskich i amerykańskich, przez odpowiednio Brytyjskie Biuro Spraw Zagranicznych i Departament Stanów Zjednoczonych, przed mającym się tego dnia odbyć wydarzeniem w narodowym parlamencie. Nie trzeba dodawać, że władze zarówno brytyjskie jak i amerykańskie, nie czuły się w obowiązku skontaktować się ze Steynem lub mną w tej błahej sprawie – nie żeby to zrobiło jakąkolwiek różnicę. ISIS nawoływało do ataku, ale tak się złożyło, że ani jeden dżihadysta nie był w stanie dobiec do nas na czas.

Jednakże, na dzień dzisiejszy, mamy mgliste pojęcie o tym jak wyglądało życie tej małej grupy skandynawskich artystów i im podobnych. Restauracja, w której planowaliśmy spotkanie, anulowała naszą rezerwację po rozpoznaniu ostrzegawczego znaku w postaci ochroniarzy, zdradzającego kto mógłby być ich gościem. Szczęśliwie, są poważniejsze problemy na świecie i ostatecznie trafiliśmy do sympatycznego baru, gdzie wypiliśmy więcej niż tak naprawdę potrzebowaliśmy i mieliśmy ubaw o wiele lepszy niż sądziliśmy, że będziemy mieć. Jednak patrząc trzeźwiej, sytuacja z restauracją była jedynie nikłą próbką tego, przez co przechodzili codziennie ludzie tacy jak Lars Vilks. Dla wielu miła jest idea wolności, w szczególności wolności wyrażania siebie. Jednakże prawda jest taka, że i tutaj istnieje podział na dwie grupy. Są ci, którzy mówią:

„do diabła z konsekwencjami”, jak również ci, którzy powiedzą „musisz zrozumieć, że mogę stracić klientów” czy też: „nie rozumiesz, że nie będziemy wówczas w stanie wymienić szyb w galerii?"

I tak dalej.

Więc w istocie staje się niemal niemożliwym, aby wyobrazić sobie przez co przechodzą ludzie tacy jak Vilks w ciągu normalnego dnia, który przeistacza się w rok, a następnie w dekadę: mówimy o tysiącach małych ustępstw i subtelnych wymówek. Ostatecznie, bronienie wolności wypowiedzi jest nie tylko ryzykowne i kosztowne – może przerodzić się w utrapienie. I tak, z biegiem czasu, jednostki odłączają się od walki za sprawę.

Obecny rok był złym dla pozostałych rysowników. W lipcu, w wieku lat 86, odszedł Kurt Westergaard, szczęśliwie z przyczyn naturalnych i we śnie. Z kolei z przyczyn bardzo nienaturalnych, 3 października zginął Lars Vilks w do dzisiaj nie wyjaśnionych okolicznościach, w wypadku samochodowym na południu Szwecji. Jak zwykle wiozło go, w nieoznaczonym samochodzie, dwóch pracowników ochrony. Samochód w jakiś sposób skręcił wprost na pas, którym jechała ciężarówka. Obaj ochroniarze, razem z artystą, ponieśli śmierć na miejscu. Vilks miał 75 lat.

Aby w pełni oddać sprawiedliwość bohaterom tej historii, należy ich wpierw zrozumieć. Być może teraz, gdy Vilks, Westergaard, pracownicy Charlie Hebdo, a także wielu innych zamieszanych w kreskówkowe wojny w przeciągu ostatnich 16 lat odeszło, można poczynić wysiłek by zrozumieć kim byli – będzie to z pewnością lepsza próba zrozumienia niż nijakie starania w tym kierunku, gdy wymienione osoby wciąż żyły. Biorąc pod uwagę kontekst amerykański, postacie te wydają się całkowicie dziwne. Żaden z nich nie pochodził z prawicy. Nie ujmując tutaj nic prawicowym pisarzom – nie ma w tym nic złego. Po prostu, tak się złożyło. Każdy z tych rysowników, co do jednego, reprezentował spektrum niezależnych, o otwartych umysłach, z poczuciem humoru, jeśli już, to o zapatrywaniach lewicowych, nieco anarchistycznych, wolnomyślicieli którzy uważają, że rolą artysty i inteligencji w społeczeństwie jest mówienie rzeczy, które mają zarówno cieszyć jak i skłaniać do myślenia. Tym samym, wierzą, że nic nie powinno być objęte zakazem. Gdyby usunąć islam i Mahometa z dyskusji, ci ludzie mogliby zdobywać uznanie całego świata rozrywki, zwłaszcza w Ameryce.

Gdyby Vilks był zastraszany w konsekwencji wzniecania gniewu religii innej niż islam, mógłby zostać gościem Złotych Globów. Gdyby Wastergaard był ofiarą zamachu ze strony Kościoła Jezusa Chrystusa w Dniach Ostatnich, wyemitowano by na Netflixie poświęcony mu dokument. Niemniej jednak, personel Charlie Hebdo został uhonorowany, de facto pośmiertnie, przez PEN America [organizację non-profit celem której jest obrona wolności słowa w Ameryce i na świecie – przyp. tłumacza]. Tą nagrodą, w rozumieniu dziesiątek szeroko znanych, wielokrotnie nagradzanych literackich i kulturowych członków elit, było potępienie redaktorów i artystów, nazywając ich „anty-islamistami”, którzy w pewien sposób nie zadośćuczynili grzechom historii kolonialnej Europy. Podczas gdy amerykańskie elity kulturowe przodują w grze poprawności politycznej wobec innych kultur, ani na chwilę nie postarały się pochylić się nad tematem tej dziwacznej, acz interesującej, gromadki europejskich dysydentów. Ludzi, którzy w początkach XXI wieku narażali swoje życie – w wielu wypadkach świadomie – ponieważ wierzyli, że wolność w wymiarze śmiania się, krytykowania, rysowania, pisania oraz zadawania pytań, nie powinna kończyć się tam, gdzie zaczyna się islam, a wolne społeczeństwa, które pozwalają na istnienie bluźnierczych praw, nie mogą być, de facto, określone mianem wolnych.

Rysownicy, o których była mowa, byli wspaniałymi i wybitnymi ludźmi, a Vilks zajmował wśród nich czołowe miejsce. Warto odnotować, że nie mieli oni następców. Nowe, odważne pokolenia nie kontynuowały ich dzieła. Istnieją ku temu oczywiste powody. Nie dlatego, że nasze społeczeństwa nie rozumieją obecnych zdarzeń. Przeciwnie – rozumiemy je aż za dobrze. Lekcję, którą wynieśliśmy z ostatnich 15 lat – niezależnie od tego, co chciałyby twierdzić społeczeństwa – można streścić następująco: miecz, a właściwie bułat, potężniejszy jest od pióra. Ci, ze świata kultury i sztuki, którzy to przyjęli, przeżywają złoty wiek. Zaś ci, którzy nie, są na wyginięciu.


Niniejszy artykuł pojawił się pod oryginalnym tytułem “Lonely Heroes of The ‘Cartoon Wars’ “ 1 listopada, 2021 roku w wersji drukowanej dwutygodnika National Review