Obrazy pożerające wyzwania

Gdy 8 listopada na wernisażu Bielskiej Jesieni 2013 obrazom Bartosza Kokosińskiego przyznano aż cztery wyróżnienia (Galerii Bielskiej i trzech znacznie różniących się profilem czasopism artystycznych, w tym „Obiegu”), mogło to być zaskoczeniem tylko dla tych, którzy nie mieli dotąd możliwości poznania jego prac.

Ten młody artysta od kilku lat na tyle przekonująco działa swoimi obrazami, że choć nie podejmuje bezpośrednio problemów społecznych, sprowokował sporo kompetentnych w dziedzinie sztuki osób do sugestywnych wypowiedzi wyrażających coś znacznie więcej niż tylko kurtuazyjne uznanie dla jego twórczości.

Z pewnością kluczem do tego fenomenu jest zapoczątkowany w 2010 roku cykl prac, którego charakter świetnie oddaje określenie samego artysty: „obrazy pożerające rzeczywistość” – w nich bowiem wybrane realne przedmioty włączone są do obrazu przez jakby zagarniające je, zagięte niemal w rulon blejtramy. Wygląda to naprawdę intrygująco. Nic tu nie jest namalowane, a spod wywiniętego na lewą stronę malarskiego płótna wystają fragmenty stłoczonych przedmiotów epatujących swoją materialnością i wpisanymi w nie prywatnymi historiami. Chce się na to patrzeć i jakoś pojąć.

Fragment „Obrazu pożerającego motyw wanitatywny”
Fragment „Obrazu pożerającego motyw wanitatywny”

„Obraz pożerający motyw wanitatywny, 2012, technika własna, 205 x 107 x 38, fot: Bartosz Kokosiński
„Obraz pożerający motyw wanitatywny, 2012, technika własna, 205 x 107 x 38, fot: Bartosz Kokosiński

Zanim jednak pojawi się pytanie „czy to jest malarstwo” albo roztrząsanie, dlaczego malarz niczego nie namalował, emocje szybciej podpowiadają: Warto było!. Tej dziwnej satysfakcji towarzyszy rodzaj zadziwienia, że fascynuje nas coś tak prostego, a przy tym nieodgadnionego. Jeśli tylko nie damy się sterroryzować zdroworozsądkowym schematom, to uchronimy świadomość, że mamy do czynienia z istotną wypowiedzią o obrazach. Za chwilę jednak intelekt zgłasza wątpliwość: przecież asamblaże to już przeszłość, ale intuicja podpowiada: tu chodzi o coś naprawdę współczesnego. Satysfakcji wizualnej towarzyszy poznawcze napięcie związane z pytaniem, z czym właściwie komunikują nas te obrazy-obiekty?

Pomocne okazuje się sięgnięcie do innych prac tego artysty. Marta Lisok,  pisząc w „Dwutygodniku” o cyklu „Skóry”, prezentowanym na wystawie w 2010 roku w krakowskiej galerii Nova, przenikliwie dostrzegła, że „Kokosiński w swoich skórzastych pracach sięga po [...] ikonoklastyczny lęk, wzbudzany przez obrazy, które mają większy ciężar niż sama rzeczywistość, są jej kondensacją”. No właśnie – jest w nich coś więcej niż realizm malarski, rzeźbiarski i jaki tam jeszcze. Ale dlaczego właściwie zatrzymują uwagę, skoro wszyscy mamy tyle innych i bardziej praktycznych problemów do roztrząsania? Pod skórą samej rzeczywistości jest coś więcej, niż w niej dostrzegamy?

Celnie ujmuje to ta sama autorka, Marta Lisok, w tekście towarzyszącym wystawie w 2011 roku w galerii BWA Katowice: „Najnowsze nabrzmiałe płótna Bartosza Kokosińskiego stwarzają wrażenie, jakby zaledwie przed momentem coś przemieściło się pod ich powierzchnią. Swoim kształtem i ciężarem naciągnęło płótno albo wykrzywiło ramę. Zawłaszczana przez malarza materia stawiła opór, szamotała się jak ryba w sieci. Cokolwiek to było, najprawdopodobniej po chwilowych zmaganiach zdążyło już opuścić bezpieczny kokon obrazu, zostawiając za sobą tylko jego obwisłe, skotłowane płótno. Kokosiński zdaje się w ten sposób pokazywać malarstwo od jego słabej strony – wpisanych w nie kryzysów twórczych, zwątpienia, pomyłki, niemożliwości, braku”. Ale jednak nie rezygnuje! Malarstwo fascynuje go, a jednocześnie odczuwa on, że jest już ono medium anachronicznym. Może dlatego tak fascynuje, że wzywa do walki, której wynik jest bardzo niepewny?

Fragment wystawy „Niektóre obrazy nie chcą być namalowane”, BWA Katowice, 2011, fot.:Bartosz Kokosiński
Fragment wystawy „Niektóre obrazy nie chcą być namalowane”, BWA Katowice, 2011, fot.:Bartosz Kokosiński

„Oblech”, 2012, farba alkidowa na płótnie, 112 x 71 x 29cm, fot.: Bartosz Kokosiński
„Oblech”, 2012, farba alkidowa na płótnie, 112 x 71 x 29cm, fot.: Bartosz Kokosiński

W poprzednim konkursie Gepperta (w 2011 roku) prace Kokosińskiego, choć nie zostały nagrodzone, zwróciły na siebie uwagę wielu krytyków, mobilizowały do określenia, co w gruncie rzeczy proponuje ich autor. Izabela Kowalczyk  pisała na swoim blogu: „Artysta pyta o relację między sztuką a rzeczywistością, jak choćby w «Obrazie pożerającym pejzaż», mniej interesuje go to, co można na obrazie namalować, a bardziej to, czego z reguły nie widać. […] Przewrotne działania Kokosińskiego przyciągają uwagę. Wyczynia on z obrazami rzeczy dziwne – wygina je, wykręca, odwraca, zaś wygięte formy napycha jakimiś dziwnymi przedmiotami. Na niektórych obiektach ukazuje podobrazie i rozrastające się na nim bąble. Stara się w ten sposób przenicować obraz, jakby pokazać jego flaki, bebechy”.

Przy innej natomiast okazji Aneta Rostkowska w brawurowym tekście „Historia pewnego obrazu” odwróciła punkt widzenia, snując opowieść, że to nie Bartosz Kokosiński „wyczynia z obrazami dziwne rzeczy”, lecz może jego obrazy „zyskały podmiotowość” i szaleją z głodu:

„[…] No ale ileż można pościć?! Przecież to śmiercią grozi z głodu. A umierać się obrazowi nie chciało. Niektórzy go ciągle podziwiali (nawet głaskać chcieli, zboczeńcy jedni!), więc tak siłą tego podziwu jakoś trwał. I pościł, nie wiedząc, co dalej. Aż tu dnia pewnego w lesie sobie spacerował i nagle widok przed nim się wielki otworzył, a w nim jelonek prześliczny i trawka miękka. Taki jakiś widoczek znajomy, błogi, sielski, znany jakby. Niewiele myśląc rzucił się, by zwierzynę zaatakować i skutecznie strawić. Niestety, zębiska miał już zmurszałe i słabe, nie to co kiedyś, kiedy paszczęką swoją co tylko chciał zgryzał i trawił, dzięki czemu dobrze się później prezentował. Do tego jelonek kościsty był, a ładny tak, że aż w gardle z tej ładności stawał. Obraz nasz dzielnie walczył i walczył, zmagał się i wzdragał, bo od tej słodkości niedobrze mu się zrobiło. Ale niestety nie udało się. I tak zostali razem spleceni. Widoczek na wpół strawiony i obraz na wpół głodny”.

Zakończeniu tekstu Rostkowskiej nie sposób odmówić sugestywności wizji, która w głębszej warstwie nie wydaje się wcale fikcją. Nie tak trudno dostrzec, że współczesnym obrazom (a może i sztuce w ogóle) doskwiera głód tego, co jest poza nimi. A gdy spróbują pożreć to, co jest na zewnątrz, to strawić już tego nie mogą. I tkwią w takim stanie bez pełnej satysfakcji. Ale przynajmniej próbowały! A Bartosz Kokosiński pokazuje właśnie te konwulsyjne próby.

Fragment „Obrazu pożerającego scenę domową”
Fragment „Obrazu pożerającego scenę domową”

„Obraz pożerający scenę domową”, 2011, technika własna,  127 x 110 x 45 cm, fot.: Grzegorz Mart
„Obraz pożerający scenę domową”, 2011, technika własna, 127 x 110 x 45 cm, fot.: Grzegorz Mart

Niemal dokładnie to, co Aneta Rostkowska uchwyciła w fantasmagorycznej wizji, wyraził językiem historyka sztuki Szymon Maliborski, pisząc o wystawie „Niekontrolowane treści” (Młode Forum Sztuki Galerii Białej, Lublin 2012).

„Jak pokazuje historia, sztuka wchłania wszystko. Być może historia sztuki również. Twórczość Bartosza Kokosińskiego zdaje się wyrastać z tej zasady, z pewnego chaosu rzeczywistości, który inkorporowany do pracy nie może ułożyć się w spokojną i gładką formę. Niemniej musi poddać się jej rygorom, przez co rezultatem tych sił stają się obrazy znajdujące się na granicy, przechodzące w rzeźbę bądź instalację. Są to twory graniczne również ze względu na pewien potencjał transmutacji, przemiany materii rzeczy codziennych w sztukę. Proces ten nie kończy się jednak przedłużeniem ich życia. To raczej opowieść o zamieraniu. Powstałe prace kształtują się z «resztki po symbolicznym», a stojące za nimi historie są często opowieścią o rozpadzie. To destrukty, rozkruszone fragmenty świata zebrane na powrót i przetrawione przez blejtram”. Być może destruktami są także tematy „obrazów pożerających rzeczywistość” – pochodzą przecież z bardzo starego katalogu: jest „motyw wanitatywny”, „motyw pracowni”, „motyw pejzażu” i temu podobne.

Wróćmy teraz do dwóch obrazów, które Bartosz Kokosiński prezentuje na tegorocznej Bielskiej Jesieni: „Obraz pożerający motyw religijny” i tondo „Bez tytułu”.

Fragment „Obrazu pożerającego motyw religijny”, fot. Jacek Rojkowski
Fragment „Obrazu pożerającego motyw religijny”, fot. Jacek Rojkowski

„Obraz pożerający motyw religijny”, 2012, technika własna, 155 x 158 x 35 cm, fot.: Bartosz Kokosiński
„Obraz pożerający motyw religijny”, 2012, technika własna, 155 x 158 x 35 cm, fot.: Bartosz Kokosiński

Pierwszy zagarnia i zamyka w sobie przedziwną kolekcję dewocjonaliów, jakby chciał schować te realne przedmioty w formie przypominającej niedomkniętą jeszcze kopertę, ale przez to tym bardzie je pokazuje. Zanim znikną, stawiają opór, stłoczone w bezładzie. Ten moment zmagania zatrzymany w obrazie-obiekcie budzi emocje i niekontrolowane skojarzenia.

„Bez tytułu”, 2011, farba ftalowa na płótnie, 80 x 105 x 16 cm, fot. Jacek Rojkowski
„Bez tytułu”, 2011, farba ftalowa na płótnie, 80 x 105 x 16 cm, fot. Jacek Rojkowski

Drugi obiekt dzięki owalnej ramie oferuje pewien kanon porządku, jednak wylewa się z niej nadmiar materii. Teatralnie udrapowanej, a jednak na tyle żywej i kipiącej, że obraz-obiekt niemal traci nad nią kontrolę, ale mocą swojej ramy – choć już chyba resztką sił – dzielnie demonstruje widzom naładowaną energią materię.

W obydwu obrazach jest wiele barokowej skłonności do łączenie przeciwieństw, wydobywania kontrastów, dynamizmu, sięgania po wzniosłość wyzbytą obaw przed teatralnym patosem. Czy to znaczy, że są anachroniczne? Wprost przeciwnie. Barok nie jest przecież tylko minioną epoką i zbiorem form, to pewien typ wrażliwości, a może przede wszystkim sposób pojmowania wyzwań i uczestniczenia w świecie. Czyż we współczesnej kulturze nie dochodzą często do głosu cechy tak niehistorycznie rozumianego baroku? Oznak barokowej amplitudy emocji nie trzeba by we współczesności długo szukać.

Detal „Obrazu pożerającego wypadek samochodowy”
Detal „Obrazu pożerającego wypadek samochodowy”

„Obraz pożerający wypadek samochodowy”, 2011, technika własna, 135 x 90 x 36 cm, fot.: Grzegorz Mart
„Obraz pożerający wypadek samochodowy”, 2011, technika własna, 135 x 90 x 36 cm, fot.: Grzegorz Mart

Obrazy Bartosza Kokosińskiego wchłaniają elementy, które je rozsadzają. Stają się przez to zapisem nierozstrzygniętej walki z tym, co obrazem już nie jest. W tym symptomie nierozstrzygniętego zmagania rozpoznać można część istotnej prawdy o emocjonalnej sytuacji współczesnych ludzi. Ale jest też w tych obrazach sporo humoru, a ich autor nie ma problemu z zachowaniem wobec nich dystansu. Z okazji przeniesienia się do Warszawy, na początku tego roku przeprowadził niepozbawioną sytuacyjnego żartu akcję „Warszawa pożerająca Bartosza Kokosińskiego”. Zapytany w rozmowie przeprowadzonej przez „Reflektor”, czy nie obawia się, że jego obrazy wchłoną w końcu ich twórcę, odpowiedział ze swobodą, że jest już przygotowany nawet na taką ewentualność.

„Obraz pożerający mieszkanie”, 2013, technika własna, 12 m2, fot.: Michał Bugalski
„Obraz pożerający mieszkanie”, 2013, technika własna, 12 m2, fot.: Michał Bugalski

„Bez tytułu”, 2012, spray na płótnie, 85,5 x 86 x 11 cm, fot.: Bartosz Kokosiński
„Bez tytułu”, 2012, spray na płótnie, 85,5 x 86 x 11 cm, fot.: Bartosz Kokosiński

z cyklu „Zwęglone obrazy”, 2012, ołówek na papierze, 140 x 127 x 27 cm, fot.: Bartosz Kokosiński
z cyklu „Zwęglone obrazy”, 2012, ołówek na papierze, 140 x 127 x 27 cm, fot.: Bartosz Kokosiński