Glosa o bezdomności

Tekst jest próbą zestawienia dwóch przejawów tego samego mechanizmu wykluczania i gentryfikacji, jaki spotykamy we współczesnej wersji kapitalizmu - w neoliberalizmie. Zawiłe i niejasne przepisy, brak przepisów lub zwyczajne naruszanie prawa, a najczęściej - skomplikowana mikstura tych trzech strategii coraz częściej prowadzą w Polsce do zagrożenia bezdomnością. Niedawne przykłady to przede wszystkim próby eksmisji szeregu rodzin w większych miastach oraz sytuacja kilku instytucji sztuki w Warszawie. Muzeum Sztuki Nowoczesnej stało się elementem rozgrywki między Urzędem Miasta i firmą, która jest właścicielem historycznego pawilonu "Emilia", zaś po grunty i zabudowania zajmowane tak przez Muzeum Narodowe w Królikarni, jak i Muzeum w Wilanowie, zgłaszają się spadkobiercy przedwojennych właścicieli. W Gdańsku zmarł niedawno Harry Dąbrowski, 64-letni mężczyzna który zdecydował się na głodówkę w namiocie przed Urzędem Miejskim, po tym jak wskutek zadłużenia stracił mieszkanie komunalne, w którym mieszkał wraz z żoną. Protestował przeciwko "przekrętom mieszkaniowym władz miasta". Szereg kamienic błyskawicznie zmienia ostatnio właścicieli, co prowadzi do szybkich eksmisji, np. w Poznaniu czy Warszawie, często w niewyjaśnionych okolicznościach.

Te różne historie łączy jedno - ryzyko utraty domu oraz pozycja, jaką zajmuje magistrat, który zazwyczaj usiłuje przekonywać, że nie ma z tym nic wspólnego. Sytuacje indywidualnych osób oraz placówek kultury są zazwyczaj analizowane osobno, tymczasem my proponujemy, by przyjrzeć się im łącznie, jako dwóm aspektom tego samego zjawiska. Społeczeństwo i kultura postrzegane oddzielnie - ostatecznie zwracają się przeciw sobie, zamiast działać jako integralne części jednego organizmu - miasta. Postanowiliśmy, że o tym napiszemy - z różnych perspektyw, z różnych miast i różnymi narracjami. Nasz tekst jest nieco spontaniczną wypowiedzią aktywistyczno-teoretyczno-krytyczną, która w miarę pisania przybrała postać czegoś z pogranicza manifestu i diagnozy. Wzorem Henri Lefebvre'a upominamy się tu o prawo do miasta rozumianego jako złożony organizm, a nie zestaw zabudowań i ulic.

Współczesny świat stawia na indywidualizm, rentowność, kreatywność, produktywność i efektywność a tylko w niewielkim stopniu akcentuje współpracę, empatię i solidarność. Od jednostek oczekuje się ambicji i autoprezentacji. Pytania o bezdomność w zasadzie nie da się nawet postawić, przecież - tak samo, jak wszyscy mamy samochód, rodzinę i pieniądze na ubrania czy jedzenie, tak i każdy ma i mieć będzie dom. Z drugiej strony - w kapitalistycznej praktyce bezdomność wydaje się być elementem integralnym - jako powiększający się margines wykluczenia, jako odstraszająca przestrzeń relegowania "ludzi-odpadów" i jako straszak dla pozostałych. To pęknięcie między neoliberalną ideologią sukcesu oraz neoliberalną praktyką skazywania coraz większych grup społecznych na skrajną biedę proponujemy postrzegać jako dwie strony tego samego zjawiska, a nie jako normę i wypadek przy pracy. We współczesnej wersji kapitalizmu brutalnie kurczy się obszar tego, co wspólne - zarówno jeśli chodzi o mieszkania (prywatyzacja była tu błyskawiczna), jak i w polu kultury, gdzie dostęp do niej i zarządzanie jej placówkami coraz częściej podlega prywatyzacji.

Założenie, że każdy ma i będzie mieć dom, jest dziś podważane przez doświadczenie coraz większej liczby osób. Kruchość naszego zabezpieczenia dachu nad głową skutecznie osłabiana jest także przez niepewność rynku pracy. Nie myślimy o tym, że i my możemy stać się ofiarami "czyścicieli kamienic", przed którymi, jak dowiodła sprawa rodziny mieszkającej w willi na poznańskim Sołaczu, nie chroni nawet prawo własności. Jak pokazuje przykład MSN w Warszawie - można mieć umowę i nie być stroną sporu, a i tak ktoś w końcu zagrozi nam eksmisją. Jak pokazują z kolei muzea w Wilanowie i Królikarni - roszczenia spadkobierców mogą zagrozić istnieniu publicznych instytucji kultury, nawet jeżeli spadkobiercy ziemi i nieruchomości zainteresowani są wspieraniem sztuki. Nie dostrzegamy zmieniających się wokół nas standardów życia, gdyż uważamy, że nas nie dotyczą. Za abstrakcyjną uważamy np. sytuację, w której w wyniku choroby czy wypadku stracimy pracę, staniemy się ekonomicznie bezbronni. Wtedy zamiast do starego mieszkania socjalnego trafimy do mieszkań nowego standardu - blaszanych kontenerów.

Miasta, jak pisała Elizabeth Grosz, tworzą zorganizowaną strukturę społecznych aktywności, procesów, relacji, które determinują także sposoby określania podmiotowości. To specyficznie miejskie definiowanie podmiotowości odpowiada aktualnym stosunkom władzy i dlatego te podmioty, które zostają uznane przez system za nieużyteczne czy niepotrzebne, zostają wyrzucone na margines miejskiego organizmu. Praktyki gettoizacji, wypchnięcie pewnych grup poza granice miasta czy praktyki tworzenia poza miastem osiedli kontenerowych nie są więc "wypadkiem przy pracy" kapitalistycznego miasta, ale formą kluczową dla rozwoju późnokapitalistycznej miejskości, formą selekcji i wykluczenia. Takie postawienie sprawy jest konieczne dla zbudowania sensownej, krytycznej i efektywnej teorii bezdomności i praktyki oporu, w przeciwnym razie pozostaniemy zakładniczkami i zakładnikami narracji o "powszechnym wzroście gospodarczym i zakłócających go nierobach". Analogiczna operacja myślowa jest konieczna również w odniesieniu do współczesnej sztuki - jej niekiedy prowokacyjne i obrazoburcze formy czy przesłanie także stanowią trudność, której polityka kulturalna, i w szczególności - publiczny system finansowania kultury - nie powinny bezmyślnie kasować. Specyficzna "trudność" artystycznego procesu i przekazu twórczego to konieczny element życia w mieście a rozwiązywanie artystycznych łamigłówek i prowokacji nie może prowadzić do ich bezproblemowego usuwania w imię rzekomego "zwykłego podatnika". Dyskusja o kulturze, podobnie, jak temat bezdomności, winny być elementem społecznej debaty nie tylko wtedy, kiedy eksmisją zagrożone są konkretne rodziny czy instytucje. Redukcja państwowego wspierania sztuki oraz wycofywanie się władz z regulowania polityki mieszkaniowej nie powinny oczywiście być ze sobą mylone. Są dwiema odrębnymi częściami jednego i tego samego procesu - przekształcania tego, co publiczne, w to, co prywatne.

Bieda jest dziś główną przyczyną wykluczenia społecznego. Coraz więcej osób oraz instytucji kultury, w tym wspomniane wcześniej muzea, galerie sztuki, domy kultury, jest dziś zagrożonych eksmisją z lokali podlegających właśnie reprywatyzacji. O ile w przypadku instytucji oznacza to zakłócenie lub zakończenie ich pracy, dla konkretnych rodzin sytuacja ta prowadzi do tragicznej w skutkach bezdomności. Brak ustawy regulującej zasady reprywatyzacji mieszkań komunalnych, zabezpieczającej prawa ich lokatorów prowadzi w wielu przypadkach do sytuacji dramatycznych. Z jednej strony mamy grupę osób, która od lat wykorzystuje brak regulacji dla własnego zysku. Bardzo często nie są to spadkobiercy, tylko grupy skupujące roszczenia spadkobierców do mienia, siatki młodych biznesmenów bez skrupułów uzasadniających swój proceder "misją oczyszczania centrum miasta z meneli czy darmozjadów". Przez lata towarzyszyło ich działaniom społeczne przyzwolenie, a ich szybko rosnący status ekonomiczny wzbudzał społeczne uznanie. Z drugiej strony mamy lokatorów często od pokoleń mieszkających w lokalach komunalnych, latami inwestujących w swoje mieszkania, którzy z dnia na dzień tracą wszelkie prawa do swoich domów, przestają być stroną w ich rozporządzaniu, są już wyłącznie zbędnym balastem dla szybkiego biznesu. Oddzielanie sytuacji eksmitowanych rodzin od sytuacji placówek i wytwórców kultury w oczywisty sposób prowadzi do antagonizmu między tymi grupami, tymczasem postrzeganie tych różnych zjawisk łącznie umożliwia wspólne przeciwstawienie się temu, co faktycznie stanowi przyczynę kryzysu - prywatyzacji szerokich obszarów tego, co wspólne.

Zespół pałacowo-parkowy Królikarnia w Warszawie, w którym od lat mieści się oddział Muzeum Narodowego w Warszawie, został po wojnie odbudowany przez mieszkańców i mieszkanki stolicy w czynie społecznym. Na ścianach Muzeum znajdują się nawet tablice upamiętniające ten wysiłek. Park i pałac są od dziesięcioleci jedną z najbardziej lubianych przez turystów i mieszkańców przestrzeni kultury i odpoczynku. Niestety - choć współczesne prawo daje możliwość uwzględnienia społecznej pracy przy odbudowie/remontowaniu nieruchomości jako argument w sprawach o przywrócenie ich spadkobiercom przedwojennych właścicieli, wyraźnie określono granice czasowe tego, co może być wzięte pod uwagę. Jest to okres do 10 lat przed wszczęciem procedur prawnych mających na celu zmianę właściciela. W przypadku Królikarni oznacza to, że społeczny trud włożony w odbudowę pałacu i parku w latach 1950tych i 1960tych nie zostanie uwzględniony. W rezultacie nie jest brane pod uwage, jak bardzo potrzebny jest mieszkańcom, dostępny dla wszystkich park oraz muzeum. W tej sytuacji pracownicy Muzeum nie wiedza jak działać, jak planować dalsze wystawy i działania, ponieważ wszystko zależy od tego, jak długo jeszcze mogą zajmować pałac. Taka deregulacja jest standardowym elementem neoliberalnego zarządzania. Antonio Negri i Michael Hardt zachęcają do patrzenia na współczesny kapitalizm w sposób akcentujący możliwości społecznej solidarności - współpracy i aktywności jednostek i grup w rzeczywistości poddanej presji kapitału. To podejście prowadzić może do odzyskiwania tego, co wspólne, do tworzenia społecznie Rzecz-pospolitej. Niedawne akcje solidarności i współpracy środowisk twórczych, komitety na rzecz otwartych i demokratycznych procedur w świecie sztuki to świetne przykłady takich działań. Głosy na rzecz solidarności i współpracy w sytuacji zagrożenia eksmisją głównych placówek artystycznych w stolicy to echo na co dzień podejmowanych akcji solidarności i oporu wobec wysiedleń jednostek i rodzin, które na co dzień odbywają się na ulicach i w kamienicach Warszawy, Poznania, Gdańska, Krakowa i wielu innych miast.

Społeczna znieczulica wobec sytuacji lokatorów komunalnych kamienic, przez lata wykluczająca akty solidarności z nimi, jest wytworem logiki neoliberalnej gospodarki, w jaką przez lata wierzyliśmy. Tylko od naszej pracy miało rzekomo zależeć to, jak będzie się nam powodzić i czy zakupimy mieszkanie (i czy w końcu "będziemy na swoim"), bo tylko zakup, a nie wynajem, wydaje się w tej optyce racjonalny. Dodatkowo retoryka wykorzystywana do opisu mieszkańców lokali komunalnych w kamienicach w centrum miast wspierała i wspiera pogardę dla lokatorów, którzy nie zdołali kupić własnego mieszkania (czytaj: "są niezaradni"), mają zaległości w opłatach czynszu wynikające z trudnej sytuacji ekonomicznej rodzin (czytaj: "żyją na nasz koszt"), czekają w kilkuletniej kolejce na przyznane im sądownie lokale socjalne, których zapewnienie najuboższym mieszkańcom jest obowiązkiem gminy (czytaj ponownie: "żyją na nasz koszt"). Przez lata wytwarzał się też ujednolicający stereotypowy obraz lokatorów mieszkań komunalnych - bliski obrazowi osób nadużywających alkoholu, głośnych, wulgarnych, stojących w bramach kamienic meneli (tym określeniem posługują się w swoich kampaniach "informacyjnych" na forach internetowych "czyściciele". Ale także media - uderzająca była akcja "Faktu" z lipca 2012 pt. "Dość terroru meneli - zróbcie porządek z domami komunalnymi", w ramach której można było wysłać maila na specjalny adres stopmenelom@fakt.pl). Sprzyjała temu retoryka zarządców komunalnego mienia mieszkaniowego forsujących w mediach nową kategorię lokatorów kamienic komunalnych - "trudnych lokatorów" zasługujących co najwyżej na mieszkanie w kontenerach.

Analogiczna logika, z figurą "podatnika" w roli głównej, jest od lat obecna w dyskusjach i sporach wokół współczesnej sztuki. Artysta ma być przede wszystkim "produktywny" i powinien generować efekty również szybko, co fabryka zabawek. Najlepiej, żeby co miesiąc zmieniał miejsce zamieszkania, i co dwa miesiące przynosił dzieło wykonane w nowej technice, z nowym tematem oraz oczywiście pełnym zrozumieniem lokalnego kontekstu. Ten system produkcji artystycznej Zofia Kulik nazwała kiedyś "systemem pionków". Przestawiana z miejsca na miejsce, straciła w końcu wiarę w artystyczne powołanie, i ostatecznie uznała, że wycofanie się z obiegu projektowego jest lepszym wyjściem, niż ciągłe gonienie za grantami. Prace Kozyry, Nieznalskiej czy Libery krytykowano posługując się demagogicznym argumentem, że "nie chce ich wspierać zwykły podatnik". Założenie, które stoi za takimi argumentami zakłada, że kultura to coś, co już zostało oswojone, co już jest znane, zrozumiałe i jasne dla każdego - coś, co dekoruje raczej, niż zadaje pytania. Analogiczne myślenie dotyczy aktualnie polityki mieszkaniowej w Polsce - ktoś, kto mówi "nie będę pracował na darmozjadów" w gruncie rzeczy oczekuje takiej polityki społecznej, która nie podejmuje trudnych wyzwań współczesności, która nie chce angażować się w zawiłe procedury prowadzące do budowania mieszkań komunalnych, zakładania spółdzielni i innych form działania opartych na współpracy natomiast ogranicza się do prosto i brutalnie rozumianej zasady wydajności - masz, więc mieszkasz, nie masz - wylatujesz.

By pozbyć się "wkładki ludzkiej" w kamienicach, nowi właściciele wynajmują kolejny twór polskiego dzikiego rynku mieszkaniowego - firmy "czyścicieli", wyspecjalizowane w zastraszaniu lokatorów. Metody wszędzie - bez względu na miasto - są podobne: odcięcie mediów - gazu, prądu, wody; uszkadzanie kanalizacji, kominów, części budynków - okien, dachu, drzwi; podrzucanie padliny, robaków, zalewanie mieszkań, ciągłe zakłócanie spokoju, słowne zastraszanie, wyzywanie. "Czyściciele" wytwarzają poczucie osaczenia, braku podstawowego bezpieczeństwa. Osaczenie tym skuteczniejsze, że lokatorzy nie znajdują wsparcia ani w urzędach miast, które stoją na stanowisku, że nie są stroną zaistniałego konfliktu (kamienica była komunalna, ale jest już prywatna), zaś obowiązujące prawo nie pozwala im - jak nieustannie podkreślają - na żadne działania zabezpieczające lokatorów. Z kolei służby porządkowe stoją najczęściej na straży własności prywatnej a prokuratura, której opieszałe procedowanie (nawet w przypadkach postawienia zarzutów "czyścicielom") tylko wzmacnia ich poczucie bezkarności. Istotna jest tu także znaczna część opinii społecznej przekonanej, że komunalne lokale zasiedlają nie opłacające czynszów "darmozjady", zakłócający porządek "menele" czy tzw. "trudni lokatorzy", jak głosi od lat dyrektor Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych w Poznaniu.

By stanąć w obronie lokatorów reprywatyzowanych kamienic komunalnych, trzeba było rozmontować retorykę pogardy. Żeby zaangażować się w obronę wolności twórczej, trzeba było podważyć logikę "dobrej sztuki", która dominowała w debatach o kulturze. W obu wypadkach to pozycje radykalne - anarchistów i lewicy w przypadku mieszkań, artystów radykalnych i poruszających się na styku sztuki i spraw społecznych - doprowadziły i mamy nadzieję, jeszcze doprowadzą, do przemyślenia i przewartościowania sposobu myślenia oraz praktyki. Urasowienie biedy, które nazwała i sproblematyzowała Monika Bobako, jest analogiczne do demonizacji sztuki feministycznej i queerowej, o której tyle pisały Agata Araszkiewicz, Iza Kowalczyk, Paweł Leszkowicz czy Tomasz Kitliński.

Aktywiści wraz z mieszkańcami pierwszej w Poznaniu skutecznie obronionej przed "czyścicielami" kamienicy przy ul. Piaskowej założyli Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów, które obecnie wspiera lokatorów kolejnych reprywatyzowanych kamienic, w tym - słynnej już z oporu mieszkańców wobec "czyścicieli" - kamienicy przy ul. Stolarskiej 2. W sierpniu 2012 mieszkańcy zabarykadowali się w kamienicy, by nie dopuścić do odcięcia prądu i dalszej dewastacji budynku.

To, co wydarzyło się i dzieje się nadal wokół kamienicy przy ul. Stolarskiej 2, wydaje się punktem zwrotnym sytuacji lokatorów reprywatyzowanych kamienic komunalnych w Poznaniu. Elementem tego zwrotu była demonstracja lokatorska, prowadzona szlakiem gentryfikowanej dzielnicy Łazarz, gdzie już "oczyszczono" z lokatorów wiele kamienic, część z nich od lat stoi pusta a dotychczasowi mieszkańcy, o niższym statusie materialnym, są "wypychani" z dzielnicy. W tej sprawie demonstrowali już nie tylko anarchiści, ale również artyści, naukowcy, studenci, społecznicy ruchów miejskich, a przede wszystkim - lokatorzy kamienic komunalnych. Obywatelskie Forum Kultury, Bar-campy i debaty wokół finansowania sztuki to z kolei reakcje środowisk twórczych na próby neoliberalnego przekształcania sektora kultury. W obydwu przypadkach podstawowe znaczenie ma przełamywanie społecznej alienacji oraz budowanie nowej definicji tego, co wspólne.

W Poznaniu pojawiła się społeczna inicjatywa Okrągłego Stołu ds. Problemów Społecznych Mieszkalnictwa w Poznaniu, niestety została odrzucona przez władze miasta. Jej głównym celem było wypracowanie standardów strategicznej zmiany i praktycznych działań w obszarze polityki mieszkaniowej w Poznaniu w kontekście polityki społecznej. W lutym br. odbyła się wycieczka autobusowa "Drugie Oblicze Poznania", prowadzona szlakiem eksmitowanych lokatorów, zainicjowana przez Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów. W "Pracowni Wizytującej" Joanny Rajkowskiej odbyła się praca ze studentami wokół powstania osiedla kontenerowego, której efektem była wystawa prac "KontenerART" w galerii Siłownia i na citylightach w centrum miasta. Warto podkreślić, że było to pierwsze tak wyraźne odniesienie się sztuki do problemu eksmisji, dyskutowanego od dłuższego już czasu w mediach. Punktem wyjścia dla całego projektu stał się plakat Tomasza Koszewnika, z przekreślonym słowem ART, stawiający pytanie, czy sztuka jest w stanie skonfrontować się z realnością osiedli kontenerowych oraz czy strategie używane przez artystów mogą być skutecznym narzędziem walki, czy raczej sztuka jest wobec tego problemu zupełnie bezradna. Zorganizowano również debaty, które miały na celu zaangażowanie środowiska kultury w opór wobec wprowadzania nowego standardu mieszkań socjalnych w postaci kontenerów socjalnych. Efektem jednej z debat towarzyszących wystawie był też list środowiska kultury do prezydenta Poznania o wstrzymanie eksmisji do kontenerów oraz objęcie opieką Miasta lokatorów reprywatyzowanych wówczas brutalnie kamienic przy ul. Stolarskiej oraz Małeckiego. List podpisało ponad dwustu reprezentantów środowiska kultury, w tym m. in. prof. Zygmunt Bauman, prof. Krzysztof Wodiczko, prof. Andrzej Turowski, prof. Piotr Piotrowski oraz prof. Tomasz Polak. (link: http://www.petycjeonline.com). Kolejnym dokumentem był "Apel o solidarność z mieszkańcami ul. Stolarskiej w Poznaniu" (http://stolarska.wordpress.com), który podpisało ponad 700 osób - w tym prof. David Harvey, autor wydanej niedawno książki "Bunt miast" oraz prof. Margit Mayer, która uczestniczyła również w demonstracji i wygłosiła wykład nawiązujący do demonstracji i współredagowanej przez nią książki "Miasto dla ludzi, nie dla zysku".

Bezdomność to doświadczenie skrajne, takie, na które w kulturze nie bardzo jest miejsce. Współczesny podmiot to ktoś, czyje doświadczenie postrzega się na ogół jako zapośredniczone w ideologii sukcesu białego człowieka-zdobywcy, który cudowną mocą jakichś niewidzialnych pomocników uzyskuje pokarm, pocieszenie i wsparcie, by co dnia podejmować coraz to inne wyzwania. Ten enigmatyczny zestaw, często nazywany pracą afektywną lub pracą reprodukcyjną, odbywa się w domu. I to właśnie nieodpłatna praca staje się podwójnie niewidzialna w sytuacji bezdomności. To, czego brak w filmie Ewy Borzęckiej pt. "ONI", świetnie uchwycił Łukasz Surowiec w projekcie "Szczęśliwego Nowego Roku", pokazującym walkę katowickich bezdomnych o zorganizowanie sobie przestrzeni życiowej. Bezdomni nie maja imion, nie mają pracy, nie mają tożsamości. Są szarą masą przypadkowych ubrań i rzeczy, która ingeruje w naszą przestrzeń głównie poprzez prośby. I zapach. Bezdomni jedynie z rzadka maja płeć. Są - jak uznawani za nielegalnych migranci - w ciągłym stanie wyjątkowym, nie maja mieszczańskich zapośredniczeń miedzy sobą i otoczeniem. Są wystawieni na bezpośredniość.

Bezdomni budzą również odrazę. I złość. Obecność żebraków na reprezentacyjnych ulicach i pod popularnymi centrami handlowymi irytuje. Dlatego też miasta próbują się ich pozbyć. Nie spotkamy bezdomnych w enklawach neoliberalizmu, jakimi są galerie handlowe, nie ma ich na starówkach większych miast, w centralnych dzielnicach, gdzie króluje biznes. Dworce, które zawsze były traktowane przez nich jako miejsce schronienia, coraz częściej są przed nimi zamykane. Przestrzeń publiczna, gdzie teoretycznie każdy może spotkać się z każdym, zostaje oczyszczona z ludzi, którzy "psują" poczucie estetyki dominujących elit i swoją nędzą zaprzeczają gloryfikowanym dziś wyobrażeniom o bogactwie. Dążenie do usunięcia bezdomnych z pola widzenia służy budowaniu fałszywego poczucie bezpieczeństwa opartego na iluzji rozwiązania problemu.

Społeczeństwo jest o eksmisjach informowane jedynie zdawkowo. Można o nich usłyszeć, gdy eksmitowana jest np. szacowna instytucja, jak stało się niedawno z MSN w Warszawie albo gdy eksmitowana jest matka małych dzieci. "Ekstrawagancja" godna medialnej uwagi to również sytuacja współpracy, i tak zagrożone eksmisją rodziny z ul. Stolarskiej w Poznaniu stały się znane, bo przełamały izolację i nawiązały współpracę.

Oparte na gentryfikacji i wykluczeniu strategie władz miejskich, które usuwają bezdomnych z centrów miast to jedynie pozorne rozwiązanie problemów bezdomności i bezrobocia. Towarzyszą im często skandaliczne działania propagandowe. Przed Euro 2012 władze Poznania prowadziły kampanię w ramach Programu Przeciwdziałania Procederowi Żebractwa (!!). W 2009 roku pojawiły się billboardy "Żebractwo to wybór, nie konieczność", "Nie ma dających, nie będzie biorących" oraz "Stop żebractwu w Poznaniu". Te podszyte nieludzką, neoliberalną logiką slogany, stały się częścią obowiązującego dyskursu. W 2010 roku antyżebracze plakaty wisiały w restauracjach na Starym Rynku oraz na dworcu PKP. Pieniądze, które mogłyby zostać wydane na pomoc najuboższym, na aktywizację zawodową bezrobotnych lub inne formy zmniejszania społecznych nierówności, zostały użyte do wzmacniania i tak niebywale silnej bariery między bogatymi i biednymi. W 2011 roku na stacjach benzynowych BP rozdawano zawieszki samochodowe - odświeżacze powietrza o intensywnym zapachu, które promowały obojętność wobec biedy. Najbardziej perfidny wydaje się inny projekt - żetony do wózków na zakupy w kształcie monety o nominale dwóch złotych, wyposażone w komunikaty piętnujące pomoc żebrzącym, rozdawane w centrach handlowych, m. in. w Tesco. Projekt najwyraźniej odniósł propagandowy sukces, bowiem podobne akcje przeprowadziły m. in. Kraków, Gorzów Wielkopolski, Szczecin, Wrocław i Warszawa. W 2012 roku ruszyła Kampania Informacyjna Miasta Świnoujście Przeciwdziałająca Zjawisku Żebractwa, w ramach której rozklejono plakaty z dwujęzycznym komunikatem "STOP Zastanów się czy pomogłeś? Bedenke doch ob du geholfen hast?". Komunikat ten pełnił oczywiście tę samą funkcję, co poznańska wersja plakatu.

Podobne myślenie towarzyszyło próbom przekształcania świata sztuki obszar oparty na konkurencji, które szczęśliwie nie prowadzi jeszcze do eksmisji, ale podminowuje byt wielu osób. Artyści - niegdyś zrzeszeni w rozmaitych związkach i organizacjach zawodowych, mogli liczyć na wsparcie, ubezpieczenie zdrowotne czy emeryturę. Dziś jest to "wolna amerykanka" - niektórzy, jak Katarzyna Kozyra, zapisują się do organizacji artystycznych działających w innych krajach Europy, które oferują elementarne zabezpieczenia społeczne. Likwidowanie tych zabezpieczeń dla ludzi kultury oznacza powrót do logiki kapitalizmu rodem z XIX wieku, podobnie zresztą, jak dzieje się w Polsce w obszarze polityki mieszkaniowej. Nasz kraj stoi w awangardzie likwidacji i deregulacji zabezpieczeń społecznych i niedługo będziemy zbierać żniwo tych pochopnych cięć, które przyniosą długofalowe konsekwencje w postaci biedy, bezdomności, bezrobocia i poczucia zagrożenia.

Przy okazji poznańskich aktów sprzeciwu wobec antyspołecznej polityki miasta, pojawiła się kwestia zaangażowania w nie środowiska sztuki, skuteczności artystycznych metod działania podejmowanych przez artystów i kuratorów. To, że zagrożone eksmisją jest dziś jedna z najważniejszych instytucji sztuki w Polsce - Muzeum Sztuki Nowoczesnej, co paradoksalnie nabrało realności w momencie inauguracji wystawy "Miasto na sprzedaż", może przyczynić się do poszerzenia krytyki i sprzeciwu wobec obecnej polityki mieszkaniowej miast. Niewykluczone, że sojusz mieszkańców i instytucji sztuki okaże się wreszcie możliwy. Może i w Poznaniu, już bez obaw, instytucje kultury podpisywać się będą pod protestami lokatorskimi.

Nikt nie ma już dziś wątpliwości, że kontenery pod Bydgoszczą i Bytomiem, w Gdańsku i innych miastach nie tylko nie nadają się do mieszkania i wzmacniają społeczne wykluczenie najuboższych, ale generują również koszta znacznie wyższe niż te, które powstają w murowanych domach. Dla przykładu - ogrzanie blaszanego kontenera w zimie to koszt ponad 1000 złotych - tyle płaci się za ogrzanie dużego domu, ogrzewanie mieszkań jest znacznie tańsze. Mimo to, dyrektor Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych w Poznaniu, postanowił zbudować kolejne "getto kontenerowe" przy ul. Średzkiej, do którego mieli być wysiedlani tzw. "trudni lokatorzy", w praktyce zwyczajni mieszkańcy, którzy z różnych powodów zalegają z czynszem, również kobiety z dziećmi. Lokalizacja została starannie wybrana. Choć miejsce znajduje się stosunkowo blisko centrum, niezwykle trudno tam trafić, jest ono praktycznie niewidoczne. Kontener, hotel robotniczy lub po prostu bruk jest końcem drogi, na początku której znaleźli się mieszkańcy ul. Stolarskiej 2 w Poznaniu. Końcem drogi może być też śmierć na leśnej polanie, co pokazała sprawa Jolanty Brzeskiej, działaczki lokatorskiej z Warszawy, bestialsko zamordowanej w Lesie Kabackim.

W Polsce wciąż dominuje dyktat prostackiego pseudoestetyzmu - programy rewitalizacyjne, finansowane z środków publicznych, prowadzą często do bezwzględnej zmiany struktury społecznej objętych nimi dzielnic kosztem najbiedniejszych. Kryterium "efektywności" tych działań rozumianej jest jako estetyka oderwana od relacji społecznych. W tym zgoła fantastycznym ujęciu, zaprzeczającym rozległej tradycji modernistycznej estetyki i radykalnej, zaangażowanej przecież sztuki, miasto jest postrzegane jako tworzone wyłącznie przez budynki i chodniki z pominięciem ludzi. Ta antyspołeczna wizja miasta musi ulec zmianie, inaczej kultura będzie obszarem wojny ze społeczeństwem.

Rynek nieruchomości został zdominowany przez prywatny kapitał, wydatnie wspomagany rządowym programem "Rodzina na swoim", który umożliwia realizację przyzwoitych zysków kosztem zadłużających się na wiele lat nabywców. Swoisty oligopol dużych firm deweloperskich nie jest równoważony budownictwem komunalnym, co pozwala utrzymywać ceny nowych mieszkań na nieosiągalnym dla większości pracujących poziomie. Wiele miast rezygnuje z budownictwa społecznego i komunalnego, próby wskrzeszania spółdzielczości w budownictwie są brutalnie tłumione. Postać fantazmatycznego kandydata na bezdomnego - tzw. "uciążliwego lokatora", i zacięta walka o postawienie kontenerów socjalnych, pełni w tym układzie funkcję dyscyplinującą. Są one elementami nadającymi spójność konsekwentnie kreowanemu obrazowi rynku mieszkaniowego, ale też takiej wizji rynku pracy, w której najbardziej pożądaną cnotą jest zdolność do podporządkowania i wyzysku najbiedniejszych.

Domaganie się prawa do miasta, prawa do zaistnienia przestrzeni publicznej z prawdziwego zdarzenia, przestrzeni będącej alternatywą dla quasi-publicznych przestrzeni kontrolowanej konsumpcji, takich jak galerie handlowe i hipermarkety, jest projektem estetyki. Ale estetyki uspołecznionej, jak np. estetyka relacyjna Nicolasa Bourriauda czy projektów krytycznych. Działanie filmowe Syren.tv dokumentujące losy osób i instytucji zagrożonych wysiedleniem jest próba odpowiedzi na kilka rzadko zadawanych pytań o bezdomność, trwałość i zmiany ludzkich więzi, o solidarność i strategie oporu w późnej nowoczesności. Chodzi o prawo do miasta, które gwarantuje prawo do zamieszkania dla wszystkich. Chodzi o miasto, które należy do wszystkich mieszkańców, również tych najbiedniejszych, a nie wyłącznie do właścicieli i deweloperów, czyniących z miasta przestrzeń poddaną wyłącznie ekonomicznym spekulacjom. Chodzi o miasto, które nie boi się wyzwań sztuki, które rozumie kulturę jako proces eksperymentalnego i refleksyjnego odnoszenia się do wyzwań współczesności. Wbrew temu, co na co dzień wmawiają nam media, jesteśmy wszyscy częścią większego społecznego organizmu i myślimy nie tylko o tym, co mamy w domu, ale również o tym, co otacza ten dom, czy żyjący w sąsiedztwie ludzie mają zaspokojone potrzeby, czy grozi im przemoc. Nie ma ludzi obojętnych, są tylko konformiści, których ktoś kiedyś nauczył, że życie to jedynie walka, i że są samowystarczalni. I oni ciągle w to wierzą. Zupełnie niepotrzebnie.

 

Za współpracę w pisaniu niniejszego tekstu serdecznie dziękujemy Dorocie Grobelnej, Mikołajowi Iwańskiemu oraz Katarzynie Czarnocie z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz Kolektywu Rozbrat).

 

Warszawa-Poznań, listopad 2012.